Antoni Uniechowski,
zmarły w 1976 roku znakomity artysta, dla kilku pokoleń czytelników stał się, dzięki zilustrowaniu blisko dwustu pozycji literatury klasycznej i obcej, człowiekiem, który w znacznym stopniu uformował historyczne i stylowe wyobrażenia o przedstawianych przez siebie epokach.
Delikatną, a zarazem niezwykle pewną kreską, tworzył na papierze postaci i sceny pełne niezliczonych szczegółów, "opowiadające" niejednokrotnie o wydarzeniach i sytuacjach więcej niż najdokładniejszy opis.
Od najwcześniejszego dzieciństwa nieustannie rysował. Dla chorowitego chłopca była to właściwie nieomal jedyna rozrywka. Rozrywka, która z czasem przeszła w prawdziwy nałóg. Dzień bez rysowania - a było ich rzeczywiście niewiele - uważał za stracony. Doskonalił swoją słynną kreskę, nigdy nie poprawiając, a raczej rysując wciąż na nowo, jeżeli nie był zadowolony z rezultatu. To między innymi przyczyniło się do osiągnięcia owej słynnej lekkości, finezji, a zarazem elegancji w jego pracach. Sprawiają one wrażenie zabawy, bo też nieraz zabawą były. Można w nich nierzadko dopatrzeć się żartobliwego podejścia do przedstawianych tematów. Nie było w tym jednak nigdy karykatury. Przeciwnie. Emanuje z nich życzliwy, pełen sympatii stosunek do otoczenia. Nie były torównież pastisze. Zawsze można odczytać w nich autorstwo Uniechowskiego, niezależnie od prezentowanych epok.
Uprawiał sztukę przez dziesięciolecia odsuniętą na margines, ostatnio jednak jakby na nowo przywróconą do łask - rysunek. Lekceważony, traktowany jako działanie pomocnicze, wstęp do malarstwa, szkic. Sam w sobie jednak zawierający wszystkie elementy dzieła sztuki.
Urodzony na początku XX wieku, po beztroskim dzieciństwie, spędzonym na dalekich Kresach, kiedy w roku 1917 świat całej jego dotychczasowej egzystencji przestał istnieć, wraz z rodziną znalazł się w Warszawie. Po przedwczesnej śmierci rodziców i utracie majątku staną nieprzygotowany wobec dorosłego życiz. Rozpoczą studia w Szkole Sztuk Pięknych u prof.Karola Tichego. W owym czasie o zamówienia artystyczne nie było łatwo. Zainteresowanie było niewielkie. Dopiero po kilku latach dostaje pierwsze zlecenia i to z zakresu malarstwa a nawet rzeźby.
Ilustracją zają się jednak dopiero po wojnie w Krakowie, zaczynając od współpracy z "Przekrojem". Nostalgiczne rysunki dawnej Warszawy zyskały mu znaczącą popularność, tak że po powrocie stale już współpracował z wieloma wydawnictwami. Były to w pierwszym rzędzie pozycje literatury klasycznej. I tak, żeby wymienić choćby niektórych autorów; z pisarzy polskich ilustrował Mickiewicza, Słowackiego, Potockiego, Rzewuskiego, Sienkiewicza, Prusa, Orzeszkową, Żeromskiego, Tuwima, z francuskich: Woltera, Prevosta, Murgera, Gautiera, Hugo, Dumasa; z rosyjskich: Puszkina, Turgieniewa, Tołstoja, Czechowa,.
Było czynś fascynującym zobaczenie własnego małego rysunku powiększonego do wielometrowych rozmiarów; postaci ożywionych. Takie możliwości stwarzała scenografia. Wykonał ją do kilkunastu zaledwie przedstawień, ale kilka z nich były prawdziwym wydarzeniem. Sugestywność przedstawianych projektów była tak wielka, że aktorzy niejednokrotnie przybierali pozy i gesty podpatrzone na rysunkach.
Współpracował również z filmem i telewizją. Ponadto wykonał szereg plakatów, ogromną ilość pocztówek oraz karnetów, w tym wiele o tematyce warszawskiej. Liczne, ogromnie efektowne kalendarze, foldery, druki reklamowe, programy teatralne, okładki do płyt.
Wymieniany jest jako uczestnik kilkudziesięciu wystaw w kraju i zagranicą, ponieważ trudno było wyobrazić sobie jakąkolwiek wystawę grafiki książkowej bez jego udziału. Naogół nie był nawet o nich zawiadamiany. Jedyną właściwie naprawdę liczącą się wystawą była urządzona w 1974 roku w Zachęcie. Zaprezentowanych na niej zostało, w co trudno uwierzyć, cztery tysiące prac!
Rozmiłowany w historii i artystycznych przedmiotach, gościnny i przyjacielski, w pięknym mieszkaniu na Starym Mieście, czarował wszystkich cudownymi, niezapomnianymi opowiadaniami. Jaka szkoda, że nie można go już posłuchać.